16.04.2016

Wystawa ludzka - kobiety o długich szyjach w Tajlandii

Długie szyje plemienia Karen są fascynujące. Pocztówki z Tajlandii i uśmiechnięte kolorowe damy z pierścieniami na szyi. Egzotyka, którą każdy pragnie zobaczyć, aby móc zrobić sobie kilka fotek i wrócić do domu postując dumnie pamiątki z "podróży" wraz z opowieściami o dalekich krajach i niezwykłych plemionach, których odwiedzenie wymaga przeprawę przez busz i najlepiej kilkudniowy hiking. Jak jest naprawdę?



Plemiona długich szyj Karen (Kayan) wywodzą się z Birmy (Myanmar) tam też zamieszkują jej północne tereny. Ówcześnie lud Kayan spotkać można także w Chinach i przy granicy z Birmą po stronie Tajlandii. Plemiona te uciekały przed krwawymi rządami junty wojskowej do bezpieczniejszej i wolnej od prześladowań Tajlandii.
Niestety tutaj też nie mogą zaznać szczęśliwego życia i na ile to możliwe integrować się ze społeczeństwem. Wciąż są nielegalnymi imigrantami a Tajski rząd do teraz nie uznał ich statusu uchodźców. Z tego też powodu nie mogą oni podjąć legalnej pracy, nie przysługuje im bezpłatna opieka zdrowotna, prawo do ziemi, nie płacą podatków i przebywają w tymczasowych wioskach, skupieni w prowincji Mae Hong Son.

Na szczęście są turyści... Czy oby na pewno?

Rząd Tajski przymyka oko na ich urzędowanie z tego względu oczywiście, że to przynosi zyski. Wioski wypełnione kobietami o długich szyjach to świetny biznes. Wystarczy zainwestować w kilka prowizorycznych hat, przyjechać tu z jakąś grupą podekscytowanych rządnych przygód białasów, którzy trochę poobserwują ciekawe osobniki, kupią może jakiś ręcznie pleciony szal a może sprowadzaną pamiątkę Made in China.. Obojętnie, byle egzotycznie i z długą szyją jako motyw przewodni. i opuszczą wioskę - zadowoleni podróżnicy, którzy potem w gronie znajomych, przy piwku opowiedzą o swoich wojażach i spotkaniu z dalekimi plemionami.
Ale czy można ich winić? Każdy tu przyjeżdżając chce pogłaskać tygryska, pojeździć na słoniku czy zrobić sobie zdjęcie właśnie z panią z plemiona długich szyj. Każdy pragnie trochę egzotyki ukraść dla siebie i przymyka oko na niepasujące dodatki, psujące mu jego wyobrażenia i idealną pocztówkę z wakacji. Nie interesuje go to, że tygryski to przecież drapieżniki, które pogłaskać da się tylko wtedy gdy zostaną odpowiednio nafaszerowane lekami uspokajającymi. Słoniki są silne, ale nie przystosowane do wożenia turystów i często w okrutny sposób trenowane i wykorzystywane do tych przejażdżek (o tym pisałam TU).

A Pani z plemiona Karen. No właśnie co z nimi?

Przyjechałam do Chang Rai w Tajlandii głównie ze względu na Białą Świątynię (Wat Rong Khun). Koniecznie musiałam zobaczyć to osławione dzieło Tajskiego artysty. Powiedzmy zatem, że w okolicy znalazłam się raczej przypadkiem. Oczywiście o kobietach z plemiona długich szyj słyszałam i w moim wyobrażeniu wyglądało to wszystko trochę inaczej.

Ale od początku. Przy okazji odwiedzenia Białej Świątyni pojechałam do znajdującego się niedaleko, mniej spektakularnego Czarnego Domu (hehe..łatwo skojarzyć).
Czekając już na okazję z powrotem do miasta zauważyłam znak przy drodze, który pokazywał że wioska kobiet o długich szyjach znajduje się niedaleko. Pomyślałam, że mam jeszcze trochę czasu i wpadnę! Niestety żadna taxi nie chciała mnie tam zabrać. Macham więc do tuk-tuka na drodze. Udało się. Jedziemy mimo, że wydawało mi się, że kierowca chciał jakąś ekstremalnie zawyżoną stawkę za przejazd. Tak i ja zwiedziona pocztówkami zmotywowana byłam do tego żeby koniecznie zobaczyć Karen!
Droga do wioski okazała się nieco dłuższą niż sobie to wmówiłam. Całe szczęście, że nie wybrałam się tam na nogach! Równiutki asfalt zaprowadził nas bezpośrednio do samej bramy odpowiednio już oznakowanej.. Wchodzę do drewnianej hali ze słomianym zadaszeniem.. dosyć pusto.. pewnie ze względu na popołudniowe godziny, wycieczki zorganizowane przyjeżdżają przecież wcześniej. Moim oczom ukazuje się kasa biletowa i rzędy półek z bibelotami, bransoletami, szalami, koszulkami z uśmiechniętymi Karen, żyrafami i słoniami z drewna. Ot taki "sklepik" z niezbędnymi pamiątkami z podróży. Podchodzę do kasy.. O kurcze, nie dość, że za wstęp trzeba płacić to zaraz za kasą stoi bramka i znudzony pan sprawdzający bilety. Kupuje ten cholerny bilet i wchodzę mijając tablicę opisującą krótko zwyczaje plemion i ich historię. Okazuje się, że na jej terenie oprócz Pań o długich szyjach spotkać mogę też dwa inne plemiona. Takie 3 w 1. No cudnie.. Jechałam taki kawał to wchodzę. Jestem tu sama i przechadzam się wyznaczoną ścieżką po wiosce. Dochodzę do pierwszych zabudowań a raczej straganów wypełnionych jeszcze większą ilością pamiątek, razem z siedzącymi na ich progu odświętnie ubranymi kobietami o długich szyjach. Każda z kompletem obręczy na szyi, rękach i kostkach. Plemienni widząc mnie z szerokim uśmiechem zabierają się za plecienie szali, zaginanie nowo powstałych bransolet. Wielki pokaz się zaczyna. W oddali widzę grupkę turystów obejmujących uśmiechniętą staruszkę do zdjęcia. Pani turystka zawiesza sobie teraz obręcze i robi jeszcze jedno zdjęcie. Tym razem wygląda tak jak one.




 

plemię Lisu
wcale nie jestem lepsza, też mam zdjęcie
plemię kobiet o naciągniętych uszach


haty a raczej stragany z pamiątkami

całą rodzina utrzymuje się z turystyki

Głupio mi. Tylko ja wiem jak bardzo mi głupio tu być. Łażę nieśmiało od haty do haty a Panie z uśmiechem zapraszają mnie do swoich straganów, po to by coś u nich kupić, zrobić sobie z nimi zdjęcie. Z tych wyrzutów sumienia kupuje jakieś niepotrzebne bibeloty jak nienormalna. A oni tak przyjaźnie, przyjmują to czym teraz są - dziwadłami dla turystów. Całą wioskę zdążyłam przejść w 20 minut, łącznie z zakupem 4 szalów i biżuterii. Z ulgą wyszłam na zewnątrz i wróciłam do hotelu.

Co my takiego zrobiliśmy? Muzeum ludzkie dla białych szukających egzotyki. Z drugiej strony jak oni mają inaczej się utrzymać? Co o tym myślicie?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz